„Warszawianka” (SkyShowTime) – nie wiem dlaczego ktoś zrobił na dzień dobry tak dużą krzywdę temu serialowi, że próbował zrobić polską wersję „Californiation”.
Szyc to nie Duchovny, Warszawa to nie LA a problemy z jakimi przychodzi zmierzyć się polskiemu pisarzowi są zgoła mniej wizualnie ciekawe niż to, co przydała się Hankowi Moodiemu.
Po co autor scenariusza, Jakub Żulczyk tak ustawił odbiór tego serialu, nie mam pojęcia – w moim odczuciu to słaby pomysł. Kopiowanie nie tylko profesji, ale i ubioru wraz z noszeniem okularów przeciwsłonecznych cały czas? To miał być jakiś hołd?
Czułkowski (czyli Czuły) to taka gapa życiowa niż playboy – ustawiony przez tatusia (doskonały Skolimowski – ale jego mini role jak zwykle są bardzo fajne) przebalowuje swoją młodość (jeśli 40-tka to jeszcze młodość).
Czasami wejdzie na chwilę w jakąś interakcję z płcią przeciwną, prawie zawsze obudzi się z kacem i z wrażeniem, że dużo się zdarzyło, ale on nic nie pamięta.
Wątek relacji z córką tak sztampowy, plastikowy bardzo generyczny. On jest tatusiem co obsypuje dziecko prezentami, ale nie bierze odpowiedzialności a w dodatku nie jest z matką córki.
Padające z offu „madrości” Czułego sa na poziomie linkedinowych guru od samorealizacji – zamiast być dopełnieniem serialu wywołują skurcze twarzy bo jak bez krindżu wysłuchać takiego tekstu „nie bój się kurwa miłości”.
PS Jeśli chodzi o portretowanie warszaffki to jest taki jeden, wspaniały obraz – nazywa się „Egoiści” i powstał 23 lat temu. I chyba dokładnie o tyle jest dojrzalszy, dosadniejszy, bardziej trzepiący głowę niż ta „fajna Warszawa” jaką wizja reżysera Jacka Borcucha i Żulczyka.
Po drugie (po obejrzeniu trzech odcinków) nadal nie wiem czy to bardziej ma być komedia czy dramat.
Daję 3/10 #kurasmovie

