„Tyler Rake 2” (Netflix) – idealne kino gatunkowe doprowadzone do perfekcji. Nie ma dłużyzn fałszywego tonu, dziwnych pomysłów. Wszystko było, wszystko widzieliśmy tylko w tym filmie jest szybciej, lepiej, z większym wykopem oraz pomysłem.
Ten film bije na głowę całą serię Johna Wicka, popłuczyny po „Szybkich i wściekłych” i niebezpiecznie zbliża się do obrazów z serii „Mission Impossible”. Oj, Tom Cruise będzie analizował klatka po klatce i zachodził w głowę „jak oni to zrobili?” Bo są sceny, które człowiek widzi i mówi „coooo, ale jak??”
Nie wiem która scena jest lepsza – walka w więzieniu, ucieczka pociągiem, walka na dachu? Ciężko jest wskazać moment w którym choćby na chwilę przestajemy wierzyć, że to jest CGI. Immersja prawie doskonała. Co do scen walki wręcz – to czysta magia! Widać, że reżyser Sam Hargrave spędził jako koordynator kaskaderów wiele godzin na planach takich filmów jak „Kapitan Ameryka” czy „Atomic Blonde”, „Deadpool, ”Avengers„, ”Legion samobójców„ czy ”Igrzyska śmierci".
To, co zrobił Hargrave zrobił z łatwościa (i to już dwa razy) bracia Russo próbowali stworzyć w „Grey Man” a potem w „Cytadeli” z bardzo miernym skutkiem.
Ok, nie oczekujcie po tym filmie głębokich treści ani filozoficznych przemyśleń. To jest wizualna orgia przemocy opakowana w rozrywkę sfinansowaną przez platformę streamingową i podana aby wygodnie rozkoszować się nią w piątek.
I tyle i aż tyle.
Daję 9,5/10 #kurasmovie

