„Trzy tysiące lat tęsknoty” (w kinach) to piękny, przedziwny pod kątem pomysłu na scenariusz (miejsce akcji Turcja w trakcie kongresu narratologów). Klimat trochę jakby Jean-Pierre’a Jeuneta a trochę Burtona („Big Fish”) ale największe podobieństwo (na plus) widze do produkcji z 2006 roku „The Fall” (jeśli nie widzieliście to MUSICIE ją zobaczyć!).
„Trzy tysiące lat...” to obleczona w bajkę opowieść o współczesności, posypana konfliktem między „szkiełkiem i okiem” a emocjami (no, czyli romantyzm na pełnej szanowni państwo!). To film o miłości, tęsknocie, człowieczeństwie, ale też magii i cudownościach – w końcu jednym z bohaterów jest dżin spełniajacy (a jakże) trzy życzenia.
Bardzo fanie wymyślona szkatułowość – mamy narratolożkę, specjalistkę od mitów, która konfrontuje się z przedstawicielem świata, który uważała jedyni za idee i wierzenia. Metanarracja w metabaśni? Tak!
Wspaniała Tilda Swinton i Idris Elba – grają super i wygląda jakby to była zabawa a nie praca na planie. Czysta przyjemność patrzeć na ich popisy aktorskie.
No i wiecie kto to wyreżyserował? Sam George Miller czyli ten, który stworzył „Szalonego Maksa” (ale również „Happy Feet” – na pewno znacie
. Czekamy na „Furiosę” mistrzu!
Daję 7,5/10 bo warto doceniać takie „art hałsowe” produkcje na tle CGI’owej gigantomanii i tłuczonych na jedno kopyto filmów superbohaterskich. #kurasmovie

