„Electric State” (Netflix) – czyli jak bracia Russo udowodnili że umieją przepalić ogromny budżet („Gray Man” kosztował 200 mln $, „Electric State” 320 mln $) i zrobić film wydmuszkę, wyrób filmopodobny.
Ok, to nie jest bardzo zły film. On jest nijaki, generyczny i nudny. Przepiękna wizja Simona Stålenhaga została brutalnie spłaszczona i przerobiona na pastisz.
Chriss Pratt gra Star Lorda tylko, że tym razem, zamiast szopa pracza ma robota.
Umiejętności aktorskie Millie Bonnie Brown kończą się na trzech minach i kontrolowaniu swojego brytyjskiego akcentu.
Reszta wygląda jak chaotyczny remake „Ready Player One” plus kilka utworów dla podbicia "feelingu’ najtisów.
Simon Stålenhag ufundował swoją książkę „Electric State” na Kickstarterze – to był album z przepięknymi ilustracjami, który poprzeplatał tekstami o nostalgicznej podróży, stracie i alternatywnej rzeczywistości z roku 1990 (BTW jego „ Tales from The Loop” zekranizował Amazon – podobnym rezultatem jak Netflix).
I ten album bronił się – to była autorska wizja szwedzkiego ilustratora, który pokazywał alternatywną Amerykę z robotami w tle.
Bracia Russo, netfliksowi guru od wielkich budżetów nic z tej opowieści nie zrozumieli.
Zrobili z niej w bardzo dosłowny sposób historię, która jest bajeczką dla widza 13+
Po raz kolejny europejska wrażliwość twórcy została przemielona przez amerykańską amerykańską popkulturową maszynkę do mielenia i wyszło kolorowe nic.
Daję 3/10 #kurasmovie

