„Kapitan Ameryka: nowy wspaniały świat” – nudne, wtórne i smakuje jak znaleziona na parapecie kanapka z zeszłego tygodnia (nie pytajcie skąd to skojarzenie).
Scenariusz jest szczątkowy, film jest klasycznym „fillerem” wymuszonym „strategią rozwoju” marvelowskiego MCU.
Ford przyznał, że zaakceptował rolę bez czytania scenariusza ("Again, no script. Why not? I saw enough Marvels to see actors that I admired having a good time.”).
I trzeba przyznać że mając 82 lata energią bije na głowę większość aktorek i aktorów o połowę młodszych.
No i na tle koleżanek i kolegów z obsady Ford wygląda też na jedyną osobę na planie, która wychodzi ze swoją grą aktorską poza „hej, po co się męczyć – wszak tylko jestem dodatkiem do CGI”.
Nie wiem kiedy szefostwo marvela zorientuje się, że bez Steve’a Rogersa i Tony"ego Starka ta franczyza zdechnie za 2-3 lata.
To, co (chyba) nie było celem twórców to wydźwięk filmu w kontekście objęcia urzędu Prezydenta USA przez Trumpa i zmianu postrzegania Ameryki.
W trakcie seansu z nudów dla przestawiłem sobie perspektywę i zmieniłem na chwilę koncept Kapitana Ameryki, który jest zbrojnym ramieniem amerykańskiej demokracji na kumpla i popychadło takich ludzi jak Vance czy Trump.
A może tak zawsze było, ale woleliśmy pić coca-colę?
Daję 3/10 #kurasmovie

