„The Bear” sezon drugi (Disney +) czyli jak gastronomia staje się źródłem cierpień w ponurym i zimnym mieście Chicago.
Co tu pisać? Wspaniałe dzieło i tyle. W drugim sezonie mamy rozwijający się kryzys i problemy z otworzeniem nowej knajpy podlane niesamowicie smacznymi przemianami bohaterów (Richie!).
Jeremy Allan White (czyli chef Carmy) jest otwartą raną posypywaną przez los garściami pieprzu i soli. Nie wiem jak ten chłopak gra – bo ja nie widzę tam aktora tylko osobę. Aż czasami boję się o niego i chciałbym go przytulić. Magiczna rola, czekam na jego kolejne wcielenia.
Co zatem mamy w menu menu? Dostajemy wyborny odcinek o Świetach w rodzinie Bearzatto – tak jak odcinek z sezonu pierwszego pokazujący totalny meltdown tak w drugim sezonie ten odcinek pokazujący relacje w rodzinie Bearzatto jest absolutnym stemplem i corem opowieści.
Dowiadujemy się dużo o Michaelu, matce, głowie domu czyli Donnie (genialna Jamie Lee Curtis – jeśli dostała Oscara za „Wszystko, wszędzie...” to za ten sezon „The Bear” powinna dostać ich pięć).
Jest też romans. Miłość. I wielkie oczekiwania (celowo nie piszę kto żeby nie spojlować). Wspaniałe obserowować wypełzanie ze swojej skorupy uprzedzeń i otwieranie się, stawanie wrażliwym i empatycznym.
W zasadzie nie widzę słabych kreacji – wszystkie osoby są „po coś”, pokazują i pchają akcję donprzodu. Z bardzo ciekawych stron kwestie pochodzenia, relacji z rodziną, koloru skóry.
Odcinek ze stażem Richiego i zmianą znaczenia „every seconds count” po prostu wbił mnie w fotel. Majstersztyk.
Daję 9,5/10 – ten minusik za pół punktu za przewidywalność wątku romansowego.
#kurasmovie

