„Shogun” (Disney +) kiedyś ten serial sprawiał, że ulice w komunistycznych polskich miastach wyludniały się (tak jak za sprawą „Niewolnicy Isaury” czy „Ptaktów ciernistych krzewów”). A każdym „szkolniaku” podwożących dzieciaki do placówki dyskutowało się tylko o tym, co było w ostatnim odcinku.
Teraz serial wrócił i ponownie ma szansę zdrowo namieszać bo jest to „Gra o tron” tylko wsadzona w historyczne realia. Japonia, która nie otworzyła się na świat, w której katolickie misje portugalskich jezuitów próbują sterować rządzącymi krajem samurajami.
Brytyjczyk Cosmo Jarvis wcielający się w Johna Blackthorne’a niepokojąco przypomina Toma Hardy’ego (skojarzenia z „Taboo” narzucają się same) i wspaniale walczy o uwagę widzów.
Widać wykonaną ogromną rolę scenografów i kostiumologów, którzy pieczołowicie odtwarzali najdrobniejsze elementy na planie.
Do tego subtelne CGI i mamy totalną imersję w Japonię rodem z 1600 roku.
To, co obecnie bardzo dobrze wybrzmiewa w tym serialu to arogancja i duma obu stron (czasami fałszywa) podszyta nacjonalizmem. Europejczycy patrzą na Japończyków jak na barbarzyńców, Japończycy mają ich za zwierząta.
Scena w której Blackthrone rysuje i pokazuje zgromadzonym japońskim szlachcicom mapę podziału świata i tłumaczy, że Portugalczycy przypisali sobie zwierzchność połowy świata w tym Japonii z pozoru jest śmieszna, ale dokładnie tak to wyglądało.
Na razie są dwa odcinki za które, daję mocne 7/10 #kurasmovie

