„Last Night in Soho” (w kinach) – to nie jest kino po którym zostanie tona przemyśleń i pytań, którymi można się przerzucać kilka miesięcy po seansie. Bardzo się cieszę, że w sumie bardzo sprawny nakręcony film gatunkowy (nie będę mówił jaki konkretnie żeby nie spojlować) jest wyświetlany w kinach jako mainstream.
Fajnie, że w końcu można wskazać palcem i powiedzieć, „o, takie filmy oglądam masowo w ”drugim obiegu„ kiedy świat pasjonuje się kolejnym marvelem czy Bondem”. Jeśli ktoś szuka podobnych klimatów to polecam choćby „Saint Maud” (był w naszych kinach kilka miesiecy temu) czy „The Night House”. Oj bedziecie mieli emocje
Wracając do „LNiS” to film kipi od kobiecych kreacji – bardzo fajne role Anya Tayor-Joy (cholera, charakterystyczna uroda i wiekszosc aktorek by zadowoliła się grając „po warunkach” a Anya za kazdym razem wspina się na szczyty swoich mozliwosci) oraz Thomasin McKenzie. Genialna obsada – każda z nich gra w swoim tempie, mierzy sie z własnymi demonami.
Obie bardzo dobrze grają, kreują i tworzą głębokie postacie. Film obfituje w bardzo fajne, wysmakowane sceny (tłem dla nich jest świat a właściwie światek Londynu lat 60-tych). Ten obraz jest perełką wizualną mijającego roku – daje oddech od bieżączki, trochę jak Tarantino w swojej wariacji na temat LA z tej samej dekady w „Once Upon a Time in Hollywood”.
„Last Night in Soho” otarł się o bycie naprawdę epickiem dziełem, trochę zabrakło w scenariuszy żeby móc powiedzieć, że Edgar Wright nakręcił przełomowy film. Niejmniej jest to bardzo fajny, klimatyczny film. 7,5/10 #kurasmovie

