„Mission: Impossible – Final Reckoning” – czyli jak Tom Cruise podjąl próbę zanudzenia widzów na śmierć rozciągając mierny scenariusz do blisko 3 godzin (a obu części do 6h)?
Kończy się 29 letni cykl ośmiu filmów z Tomem Cruisem jako Ethanem Huntem. Kończy się pewna era.
W tym czasie zmieniło się chyba wszystko – od sposobów produkcji, przez promocję aż do widowni.
A Tom Cruise cały czas młody (ok, pewnych rzeczy nie ukryją ani farba na włosach ani operacje plastyczne), piekielnie sprawny (serio – facet zaprzecza prawom natury) i wygrywający tę samą melodię (no prawie tę samą – i to chyba jest największy problem dwóch ostatnich części tej serii).
Udało się stworzyć popkulturowego giganta, którego każda premiera była medialnym wydarzeniem. Każdy odcinek serii to było „wow”.
Niestety „siódemka” była już mocno rozczarowująca – dały się we znaki nękające ekipę problemy z pandemią, ogromne koszty i kiepskie wyniki finansowe.
Przygotowując się do najnowszej części przygód agentów IMF zrobiłem domowy seans z całą rodziną części siódmej – nie udało nam się dotrwać stadnie do końca.
Film uśpił nas skutecznie (czyli dokładnie to samo co przeżywałem w trakcie seansu kinowego).
Cruise niestety zaczął uderzać w zbyt patetyczne tony, miał problemy z ilością materiałem, bohaterami, scenariuszem – film się rozlaził w szwach.
Te same problemy widać w części ósmej.
Bo zarzuty co do „grande finale” można skopiować: patetyczny, łzawy (tak Tom, wiemy, to „ostatnia” część ale serio, płakusiasz co drugą scenę), sztywny, pomimo ogromnych pieniędzy na produkcję jakiś zbyt teatralny no i do bólu przewidywalny.
Największy złol? Marnie wypada jako gość, którego mamy się bać. Ekipa Hunta? Zbiór łatwych do zapomnienia postaci. Wszechpotężny Byt, który terroryzuje świat? Do pokonania banalnym trikiem.
Najlepszy moment filmu? Kiedy Cruise nurkuje do wraku „Sewastopolu” i nic nie mówi przez 15 minut.
Auć.
Na zachętę – czego w tym filmie nie ma. Epickie podwodne sceny, powietrzne akrobacje...„czuć piniądz” i widać zaangażowanie Cruise’a w wykonywanie kaskaderskich popisów, ryzykowanie, przekraczanie kolejnych ograniczeń na planie (pod tym kątem Cruise jest mistrzem świata – autentyczność i zaangażowanie jest jego największym atutem i za to kochają go miliony fanów).
To co, również podobało mi się (ach to nostalgia!) to mniejsze i większe klamry spinające wszystie filmy, calość prawie trzech dekad.
Oczywiście ciężko nam uwierzyć, że od samego początku ktoś miał „big plan” jak w MCU, ale przy kilku scenach naprawdę fan service zadziałał.
Ja czekam na reboot – powrót do starych, dobrych czasów „heist movies”, gadżetów i gumowych masek.
Your mission, should you choose to accept it.
Daję 3,5/10 #kurasmovie
PS A jak dwa lata temu zrecenzjowałem część pierwszą? https://www.facebook.com/share/p/19C1SgJQ6N/

