„Ministerstwo niebezpiecznych drani” (Amazon) – ojejku ale szmira.
Guy Ritchie puka od spodu i próbuje imitować swój styl bazując na coraz gorszych kliszach. Już „Operation Fortune: Ruse de Guerre” było wtórne i smakowało jak brudny karton.
Teraz chciał zrobić „Komandosów z Nawarony” ale bardziej w klimacie „Bękartów wojny” i ojej poległ straszliwie. Czasami i niebezpiecznie „Ministerstwo...” przechyla się stronę Monty Python, ale robi to w sposób niezamierzony.
Henry Cavill mający grać „szalonego” psa wojny wypada groteskowo – o wiele bardziej przenuwująco ekranowo wypada Alan Ritchson (ten od „Reachera”) jako worek mięśni strzelający z łuku.
Ogólnie scenariusz bazuje na odtajnionej akcji brytyjskich specjalsów, którzy w neutralnym porcie mają dokonać sabotażu.
Niestety całość poszła w stronę filmowej wersję gry „Commandos” z jej bardzo powierzchownym dbaniem o realia oraz zdrowym rozsądek.
Już wolę „Sisu”. Przynajmniej tam nikt, niczego nie udaje.
PS A jak chcecie fajne kino o operatorach w czasie IIWŚ to polecam „SAS Rogue Heroes”
Daję 3/10 #kurasmovie

