„Kaskader” – przedziwny film, który jest uroczym chaosem, ale niestety pod koniec padając pod ciężarem własnego bałaganu.
Co mogło pójść źle? Ryan Gosling jako kasakder ciapa zakochany w koleżance z planu (Emily Blunt). Z pozoru przepis na hit – niestety ani Gosling ani Blunt nie mają tego magicznego vibe’u komediowego, który by poniósł cały film.
Scenariusz pęka już na początku, kiedy reżyser nie wie czy ma azserwować romantyczną komedię obsadzoną w branży filmowej czy kryminał. I tak „Kaskader” spada, toczy się, płonie i obrywa po to żeby radośnie zgasnąć na koniec.
W sumie to reżyser (David Leitch) zrobił film „meta” opisujący swoją miłość do filmów akcji (sam zrobił takie akcyjniaki jak John Wick, Atomic Blonde, Bullet Train czy Deadpoola 2) i żal do branży o podłe traktowanie kaskaderów.
Leitch Puszcza oko do swoich produkcji (i nie tylko) i każe nam zgadywać kto robi cameo i który z super kaskaderów brał udział w danej akcji (na koniec zresztą nie wytrzykuje i pokazuje sceny z planu). Na dłuższą metę jest to męczące a dla typowego niedzielnego widza kompletnie mało czytelne.
Co najbardziej komiczne – w scenariuszu Blunt ma problem z tzw trzecim aktem w swoim filmie. W wyniku rozmowy z Goslingiem wpada na to jak powinien kończyć się jej film.
W rzeczywistości właśnie trzeci skt „Kaskadera” jest najgorzej skopany.
Darcie łacha z branży i koleżanek i kolegów jest łatwe, ale czasami lepiej jest zrobić film, który da się oglądać.
Daję 3/10 #kurasmovie

