„War machine” (Netflix) – irytująco mało kreatywny pomysł zawierający śladowe odpryski takich produkcji jak „Bitwa o L.A.”, „Wojny światów”, „Batlleship” i bardzo luźno pierwszy „Predator”.
Wszystko już widzieliśmy w trailerze – Alan Ritchson (mający dwie miny – wkurzoną i zbitego psa – które zresztą pokazał w swojej nasterydowanej wersji Jacka Reachera) jest amerykańskim żołnierzem (rangerem żeby być dokładnym), który zostaje skonfrontowany z najeźdzcami spoza naszej planety w postaci olbrzymiego mecha.
Tyle.
Potem logika, fizyka idą spać a wkraczają spece od przepalania kasy na CGI. Tak, czasami są ciekawe ujęcia i widoki. Tak, nawet jest co pewien czas jakiś zaskok scenariuszowy.
I jak zwykle taki film będzie święcił triumfy pod kątem ilości „godzin obejrzanych” więc streamerzy uznają, że warto taką papkę dalej reprodukować.
Co gorsze – niestety twórcy postanowili zrobić z tego filmu oblać taką ilością amerykańskiego patosu, że jest to absurdalnie niestrawna potrawa.
W dobie kolejnych amerykańskich „operacji specjalnych” epatowanie „dzielnymi chłopcami” (i czasami dziewczynami) którzy biją się za „honor i wolność” jest ewidentnie niezamierzoną parodią.
W filmie rangersi walczą jak równy z równym z przeważającymi technologicznie przybyszami z kosmosu a w rzeczywistości pozornie zniszczona armia Iranu niszczy dość prymitywnymi dronami Amerykanom infrastrukturę za miliardy dolarów.
O tym se zróbcie film.
Daję 2,5 #kurasmovie

