„Indiana Jones i artefakt przeznaczenia” – czyli dlaczego nie możesz nakręcić kolejnego filmu z serii kina Nowej Przygody w 2023 roku.
Nie możesz bo ten trend zdążył trzy raz zjeść swój ogon i wypluł masę kolejneych mutacji czego ostatnim miotem jest seria (niestety, właśmie ogłoszono) „Uncharted”. Błe.
Ktoś pomyślał tak – hej, zrobimy z Jonesa staruszka (ale tylko na początku), dodamy sypiącą dowcipami side-kickową Partnerkę (w tej roli bardzo taka se Phoebe Waller-Bridge), oczywiście kolejny scenariuszowy wypełniacz czy Chłopca Z Jedną Umiejętnością, posypiemy Czarującymi Nazistami a wszystko oprzemy o poszukiwania Artefaktu. A no i przez moment puścimy oko pokazując Starego Znajomego.
Znacie?
Znacie bo to jest schemat wszystkich filmów o Juniorze (w „Kryształowej Czascze” Czarującego Faszystę zastępuje Czarująca Komunistka a w „Ostatniej krucjacie” Partnerka zastąpił Ojciec).
Sekwencja początkowa (dłuuga aż 20 minutowa) gdzie Jones walczy z nazistami w czasie IIWŚ ogląda się fajnie gdyby nie mega creepowa CGI twarzy Forda (serio, to jest gorsze niż The Irishman).
I w sumie chyba chętniej bym obejrzał tak film niż to, co potem zaserwowano. Staruszek Jones w 1969 roku nagle zaczyna poruszać się lepiej, bić się i jeździć tuk-tukiem niż 30 lat temu.
Boleśnie widać niestety jak w wielu scenach Waller-Bridge i Ford są zastępowani przez CGI i kaskaderów. Nie ma żadnej immersji, pojawia się dolina niesamowitości co psuje strasznie odbiór tego filmu.
Scenariusz oceniłbym tylko o oczko lepiej o tej profanacji z 2008 roku. Niby są wszystkie kawałki puzzli z których składa się ten seria, ale brakuje tam tego „czegoś”.
Podsumowując – twórcy filmu uznali, że zwiększenie akcentu na rolę kobiecą to będzie fundamentalna zmiana dla tej serii, nie widząc, że sama formuła się dawno wyczerpała.
Indiana Jones czeka na swojego Nolana.
I chyba jeszcze długo poczeka.
Daję 3/10 #kurasmovie

