„Furiosa – Saga Mad Max” – Georgowi Millerowi udała sie rzecz niebywała: po 10 latach zrobił film, który jest fajną, kolejną częścią sagi, ale nawet na centymetr nie wyszedł poza ramy filmu z 2015 roku.
Po pierwsze – wszystko już widzieliśmy, wszystko wiemy. Cytadela, Farma Kul, Oktania. Nie ma rozwinięcia, nowości, czegoś, co pozwala powiedzieć „noo tak, tego nie było jeszcze w świecie Szalonego Maksa Rockatanskiego”.
To dobrze i źle bo jeśli jesteście fanami „Na drodze gniewu” to poczujecie się jak w domu – te same plenery, kolory postprodukcyjne, dziwne przyśpieszenia postaci, rekwizyty i klimat.
Mamy tych samych bohaterów (ok, doszły dwie nowe postacie : Tajemniczy Nieznajomy i Złol, Który Musi Spektakularnie Zginąć Pod Koniec).
Tak, Anya Taylor-Joy ciekawie intrepretuję postać młodej Furiosy. Nie, Charlize Theron nadal jest nie do pobicia.
Chris Hemsworth nie umie grać więc nie szkodzi, że ma dużo sztucznych elementów na twarzy. Daleko mu do ciekawych i spektakularnie zagranych ról złoczyńców.
Najciekawsza postać filmu? Drugoplanowa, napisana lekkim konturem postać „kumpla ze zmiany” Furiosy, który jest kierowcą cysterny. Ależ ten Tom Burke ma charyzmę!
Podział na rozdziały trąci jakimś nawiązania do Biblii ale w sumie pomaga przetrwać 2 godziny 28, które się straaaasznie dłużą (niestety sposób opowiadania Millera jest zdecydowania „oldschoolowy” czasami do poziomu autoparodii).
Całość trąci kiczem, plastikowością i nie wiem czy to z powodu braku tego Maxa w Maksie (ok, miga na moment) ale ta część niebezpiecznie jedzie na oparach franczyzy.
Dokładnie wiemy jak się całość zacznie, potoczy i skończy. A w dodatku scenariuszowo lekko to wszystko puste jak australijski Wasteland po którym kręcą się w kółko bohaterowie.
Jaka piękna Jałowizna.
Daję 4/10 #kurasmovie

