„Dzień Objawienia” – po polsku brzmi biblijnie, ale konotacja jest prawidłowa: to nazwa protokołu (który SETI właśmie świeżo zaktualizowała) opisującego moment w którym trzeba będzie poinformować ludzkość, że nie jesteśmy sami we wszechświecie.
Tyle fakty, czas na Spielberga
Bałem się zobaczyć artystyczną schyłek wielkiego mistrza (jaki zanotowali Copolla czy Scott) a dostałem ciekawe, wiercące w głowie i serduszku kameralną w sumie opowieść nie o Obcych, ale ludziach.
Jest dużo spielbergowskich patentów z kamerą i starych sztuczek montażowych, ale o dziwo, całość nie pachnie naftaliną i nawet tiktokowa młodzież zdzierży tempo.
To na pewno naromiast nie jest „Dzień niepodległości” czy „Bitwa światów” (nie oczekujcie bombastycznych scen i wysadzania Białego Domu), ale rasowa rozprawka o kondycji gatunku ludzkiego wsadzona w ramy quasi foliarskiej opowieści rodem z archiwum X.
Wybitna jest tutaj Emily Blunt – gra lekko, ale jej przemiany i hipnotyzujące spojrzenie robi ogromne wrażenie. Nie wiem czy jednak show nie skradła aktorka wcielająca się w dziennikarkę w scenie finałowej – dawno nie miałem takich ciar.
Podsumowując – stary, dobry Spielberg który kocha ludzkość i chce nas zarazić nadzieją, że się opamiętamy jako dominujący gatunek na Ziemi.
Uroczo naiwne? Oderwane? Przesadzone? Ckliwe? Od dołujących newsów o Iranie czy Ukrainie mamy media, a na filmy Spielberga chodzimy właśnie po to żeby zamiast „i want to believe” dostać „I want to believe in humanity”
Stary kuglarz nadal potrafi zadziwić i sprawić, że poleci łezka.
PS Ważnym elementem w scenariuszu jest czerwony ptaszek zwany kardynałem szkarłatnym będący częscią logo CD PROJECT. Ci to się wszędzie wepchną
Daję 8/10 #kurasmovie

