„Babilon” – Z Damienem Chazellem jest jak z Bazem Luhrmannem – albo kupujesz jego wizją i estetykę albo trzaskasz drzwiami i wychodzisz z kina. Tego pierwszego „Elvis” mnie rozczarował (niestety Tom Hanks totalnie zawalił ten film), ale „Babilon” tego drugiego spodobał mi się całkiem całkiem (bardziej niż Tarantinowe „Pewnego razu w Hollywood”).
Chazelle umie opowiadać obrazem i słowem. Jego „Whiplash” i „Pierwszy człowiek” to są jedne z moich ulubionych filmów ostatnich lat (otwierająca scena oblatywania nowego samolotu do zobaczenia / usłyszenia / przeżycia tylko w kinie!). W jego filmach są wyrazista, „mięsne” postacie, autentyzm i wyżymanie psychiki widza.
Jak poszło mu z „Babilonem”?
Przez chwilę miałem przebłyski z „Blondynki” Andrew Dominika (naprawdę ciężki film, niebezpiecznie balansujący na granicy grafomanii), bo poziom abstracji, odjazdu, dusznej fizycznośći i makabreski (słynne fekalia wyrzucane przez słonia) były ciężkie do zniesienia. No i rzecz jasna „Ave, Cezar!” braci Coen (jakoś nie mogę uznać tego obrazu za dobry, nie wiem coś mi tam ciągle zgrzyta).
Kiedy jednak przeżyjemy to wariactwo i wynurzymy się po pierwszej części filmu dostanie nagrodę. Opowieść o „Roaring Twenties” Hollywoodu z rodzącymi się i gasnący karierami gwiazd, reżyserów i rewolucji pod kątem udźwiękowianie filmu (scena kręcenia prostej sceny z walizką i walka z nagraniem jest niesamowita), rasizmem i seksizemem. Ktoś może powiedzieć „Chazelle pokazuje przez pryzmat fabryki snów upadek zachodniej cywilizacji” – i też można zgodzić się z taką interpretacją.
Minusem „Babilon” są niestety aktorki i aktorzy – w ich role wpakowano tyle symboli, przeżyć, biografii, że patrzymy na nich jak na pewne archetypy. Tracimy człowieka, widzimy alegorie.
I będąc przy aktorach: nadal mam fundamentalny problem z aktorstwem Brada Pitta – nie potrafię w jego ostatnich rolach zobaczyć czegoś poza etykietką „most sexy man roku XXX”. Jeśli za coś chcę go cenić i zapamiętać to za rolę w „Siedem”, „Furii” niż w „Babilonie” (gdzie kolejną wariację na swój temat żywcem wziętą z premiery filmu w „Bękartów wojny”).
Co najbardziej zapamiętam? Filmowy „pojedynek” między Margot Robbie a Samarą Weaving, sceny z Flea (tak, ten basista RHCP) oraz walkę z czasem o sfilmowanie ujęcia epickie bitwy.
Daję 8.5/10 #kurasmovie

