„Atlas” (Netflix) – to jest niestety kolejna produkcja, po której można powiedzieć „Serio oglądasz filmy SF? To głupie bajeczki?”.
A szkoda bo w naszych czasach literatura i kino SF stawia chyba najlepsze pytania (i czasami daje odpowiedzi) na nasze problemy z technologią.
Dramatycznie nijaki scenariusz wykorzystujący najgorsze klisze (zbuntowana AI pod postacią humanoida, loty w przestrzeni kosmicznej niczym zamawianie taksówki itd).
Ilość zapożyczeń z klasyki filmów SF nie ratuje ani wizji świata ani bohaterów – wrzucono do jednego wora, wymieszano i wyszła generyczna papka.
Bardzo kiepski wybór głównej bohaterki – nie wiemy czy mamy jej współczuć czy kibicować. JoLo nie ma charyzmy, nie pasuje do takiego sztafażu. Najmniej przekonująco wypada jako geek i genialny analityki (bo dobrze gra w szachy).
Co jest fajne? Albo inaczej – co mogłobyć fajne w tym filmie? Relacja człowiek-maszyna. Interakcja pilota z mechem. Niestety potraktowano temat AI na poziomie głupkowatym i efektem są sceny wołające o pomstę do nieba.
CGI? Ojej no nie. Nie wiem czy całość budżetu poszła na gażę Lopez i nie było już na pensje dla ludzi od efektów?
Podsumowując – odradzam bo to jest miałkie i wtórne. Lepiej już obejrzeć „Pacific Rim”.
Netflix chyba uparł się inwestować w filmy takie jak „Atlas” czy „Rebel Moon” bo ich generyczność zadawala gust masowego pożeracza contentu (tak, Atlas ma dobre wyniki oglądalności) ale nie buduje żadnej wartości dla bardziej wymagającego widza.
Mam nadzieję, że inne platformy będą bardziej otwarte na ryzyko.
Daję 2/10 #kurasmovie

