„Ant-Man i Osa: Kwantomania” – smutne dziwowisko łączące najgorsze cechy „Gwiezdnych Wojen”, nowego „Trona”, średniawych produkcji pokroju „Valeriana”. W dodatku twórcy niczym AI zaciągali estetykę z czego (i kogo się da np. Enkiego Bilala) żeby udawać coś lepsze i głębszego. Oj słabiutko jak na kino z takim budżetem.
Marvel nie tyle zjada, wręcz już się dusi pożeranie własnego ogona – nie wiem czy to wina po prostu samego Kevina Feige’a czy raczej brak materiału źródłowego z którego twórcy mogą korzystać.
Wymiar kwantowy to okazaja aby spocić karty graficzne w studio produkującym efekty komputerowe, ale niestety jak to często bywa w takich wypadkach brak w nim kompletnie sensu – chyba, że uznamy, że idziemy w kwasowego tripa gdzie można spotkać stwory z lampą na głowie albo gadający kisiel (to było śmieszne jakieś 10 lat temu w Piksarowych produkcjach).
Scenariusz do bólu przewidywalny, ale ostrzyłem sobie zęby na „złola” czyli Kanga bo czytając recenzję z premiery wszyscy krytycy piali z zachwytu na tą postacią i jej „mrocznością”. Kurde, najwyraźmniej widzieliśmy różne filmy – Kang nawet nie dorasta do pięt CGI’owemu Thanosowi.
PS W tym filmie (od lat 12-tu) trzy razy z ekranu pada słowo „fiut”. Nie jestem świętym, ale walić takie teksty w kinie gdzie 50% osób na widowni to dzieci to trochę słabe.
Daję 2,5/10 #kurasmovie

