„Tron: Ares” – a mnie się podobał.
A przecież krytycy pokazują mielizny scenariuszowe (są), brak świeżego pomysłu (tak) i średnią grę aktorską (zgadzam się).
To dlaczego mi się najnowszy „Tron” podobał? Bo jest hołdem dla pierwowzoru i nie próbuje maniakalnie wymyśleć się na nowo kosztem spójności.
Jared Leto nie irytuje nawet tak jak się spodziewałem. Jego postać jest...ciekawa. inna, empatyczna i dająca się polubić. No ciekawa. Inne postacie poprawne, czasami może zbyt zachowawczo zagrane.
Film chyba najbardziej kuleje, kiedy próbuje wrzucić do scenariusza wątki AI i technologicznej pogoni techmoguli.
Czy zatem „Tron: Ares” jest lepszy niż „Tron: Legacy”? Oj nie. W „Legacy” była świeżość, zaskoczenie, ciekawa wizja. No i dużo, dużo Jeffa Bridgesa. „Ares” to poprawne rozwinięcie, taki średni odcinek długiego cyklu – oj tak, bo będą kolejne części.
PS NIN dało radę, ale ich OST nie umywa się do tego, co odwalili pamowie z Daft Punk na poprzednim filmie. Sorry. Jak słyszę intro w wykonaniu Bridgesa „grid, the digital frontier...one day I got in” to mam ciary.
Daję 5,5 / 10 #kurasmovie

