„Thor: miłość i grom” – mógłby się nie wydarzyć i nie byłoby po czym płakać. Bardzo, ale to bardzo podoba mi się poczucie humoru Taika Waititi (kozy!!!), ale oglądając T:MiG miałem takie samo wrażenie jak kiedyś oglądając film kolektywu Mumio – pojedynczy greps, dowcip był perełką. Zbudowany z tego film kinowy – ledwo dawał się obejrzeć.
Niby wszystko tutaj jest – mamy mnóstwo postaci z poprzednich części. Mamy Natalie Portman. Mamy Zeusa (jestem ciekaw czy Corwe zostanie zhejtowany za grecki akcent), cały gang Strażników Galaktyki i...to danie po prostu smakuje jak pizza wymieszana z sushi i oreo.
Tak, Bale stworzył fajną postać „złego”. Tak, mamy początkowo fajne napięcie i scenariusz dużo obiecuje. Niestety T:MiG daleko do „Thor: Ragnarok”. Mam wrażenie, że Chris Hemsworth jest już zmęczony graniem przepakowanego osiłka (wyglądał już karykaturalnie).
Nie wiem jak tam plany co do jego postaci w kolejnych fazach MCU (5 i 6?), ale jeśli twórcy nie będą mieli jakiegoś innego pomysłu na postać Thora, to będzie to bardzo smutny upadek tego bohatera.
Co jeszcze jest kiepskiego? Po wyjściu z kina ma się wrażenie, że ten film nic nie zmienił w uniwersum Marvela. Nie popchnął akcji, nie wskazał nowych kierunków, nie pogłębił postaci. Mógł się nie wydarzyć. Niestety jak się daje fanom “Avengers: Endgame” to fani narzekają na kolejne filmy stworzone na zupełnie innym poziomie.
Daję 4/10 #kurasmovie

