„Strażnicy Galaktyki Vol 3” – czym sa uczucia ambiwaletne? Ano tym, że po obejrzeniu najlepszej części „Strażników” cieszę się, że James Gunn zakończył już ten etap w swoim artystycznym życiu.
Zacznę od muzyki. Usłyszeć Radiohead, Beastie Boys czy Faith No More podłożone pod morodobicie i inne sceny akcji to jest coś magicznego (nadal, chociaż moda na vintage’owe OST mam wrażenie, że powoli się już przejada) i miałem super ubaw wyłuskując kolejne „muzyczne komentarze”.
CGI dopracowane (powiedziałebym wręcz AI’owe w klimacie „zrób mi dekoracje w stylu Jodorowskiego”), czasami obłędnie detaliczne.
A czasami wręcz miałem wrażenie, że Gunn na siłę wrzucał do scenariusza różne koncepty, których nie wykorzystał w poprzednich częściach.
Scenariuszowo – ciekawy wybór skupienia się na jednej postaci Rocketa (która prosiła się przez poprzednie części o pogłębienie i dodanie kontekstu). Jest smutno, poważnie a nawet bardzo poważnie.
Mnie nie przekonały sceny w których programowo powinno mi się zrobić smutno a oczy zaszklić – zbyt toporne, za mało finezji.
I tutaj wtręty a propos brutalności – są w tej części sceny przemocy, na pewno mało pasujące do psychiki dzieciaków. Rodzice – czujcie się ostrzeżeni.
Wszystko powinno być świetnie (łącznie z pojawieniem się w kilku scenach Nathana Filliona i Sylvestra Stallone), ale pod koniec seansu (2h 30 min...) miałem wrażenie, że chęć reżysera aby domknąć wszystkie wątki (no ok, większość) spowodowała, że dostaliśmy na wpół wysmażoną potrawę.
Reasumując – nie wiem czy to jest najlepszy odcinek „Strażników”. Powiedziałbym, że raczej najbardziej dojrzały emocjonalnie i treściowo. Z drugiej strony widać i czuć, że ta koncepcja wypaliła się. Nie ma zaskoczeń. Wszystko jest jasne i dawno rozpisane.
Tym samym nieubłaganie nadciąga zmierzch marvelowej narracji i dominacji – formuła wyczerpuje się (co widać nie tylko w „Strażnikach” ale w innych odpryskach MCU) i potrzeba głębokiej zmiany (stylu i narracji).
Niestety nic takiego nie widać na horyzoncie.
Daję 5/10 #kurasmovie

