„Stranger Things” – finałowo wybronili się bracia Duffer, ale widać było duże „zmęczenie materiału”.
Pod kątem treści z tego sezonu można było zrobić mniej odcinków, bardziej napakowanych wydarzeniami, ale ponieważ wątki poszczególnych postaci rozciągnięto do granic możliwości, uzupełniając je urągającymi dla inteligencji widza komentarzami (widza, który śledzi akcję, a nie scolluje TikToka i rozmawia w tym samym czasie) w których bohaterowie opowiadają co sami robią (podobno to jest efekt badań fokusowych platform streamingowych) no to skończyło się na odcinkach w którym każdy miał od 1,5h do 2h.
Tak – ST jest przede wszystkim serialem o dojrzewaniu i przemianie dzieciaków w dorosłych ubrany w szatki horroru i SF.
I dekadę temu ten serial był absolutną nowością – tworzył ramy zabawy z vintage i popkulturą (to, co nie zagrało w Spielbergowskim „Super 8” tutaj zmieniało się w czyste złoto). Bohaterowie niczym z „E.T.” (albo „The Goonies”), miasteczko wzięte z prozy Kinga, atmosfera horroru i nadnaturalności podlana fascynacją D&D i kulturą nerdotwatości. Wszyscy pokochali ten klimat.
W każdym sezonie Duffer czerpali z innych filmów (zauważyliście, że w ostatnim sezonie była postać wzorowana na Johnie Rambo?) i popkulturowych fenomenów zalewając starszych odbiorców falą wspomnień a młodszych po prostu fajną zabawą. I to też było fajne i do pewnego momentu kreatywne.
Rosła opowieść o Drugiej Stronie, dochodziły nowe wątki, pojawiali się nowi „złole” ale im więcej wyjaśniano i tłumaczono tym więcej magii z Hawkins wyparowywało.
Widać było obsesyjną chęć twórców do wyjaśnienia każdego elementu tych skomplikowanych uniwersów, mnożono byty – (brama, Druga Strona i Otchłań) ale od mieszania łyżką w tej szklance z pomysłami sensu nie przybywało. I tak dojechaliśmy do finałowego sezonu w którym wszystko wiadomo i wszystkie pionki rozstawiono na planszy.
Z tego powodu cieszę się, że twórcy serialu wybrali najbezpieczniejszą metodę (dla siebie) – łopatologicznie i bez presji czasowej domykali wątki najważniejszych postaci (czekałem kiedy twórcy zorientują się o postaciach które wprowadzili, ale pozostawili np Ted Wheeler – jest, mignął w jednej scenie na koniec).
Fajny akcenty finału?
Rozmowa Nancy, Jonathana, Steve’a i Robin na dachu rozgłośni – tam widać było prawdziwe emocje aktorów żegnających się z dużym kawałkiem swojego aktorskiego życia. Poza tym widać, że „proza życia to przyjaźni kat” i ich planowanie spotkań rozbije się o ząbkowanie dzieci, ważne spotkania w pracy itd.
Scena w piwnicy – symboliczne zamknięcie przygód grupy (w D&D jak i w realu) oraz przekazanie pałeczki nowemu pokoleniu (oczywiście, że Netflix będzie dalej rozwijał tę serię tylko z innymi bohaterami).
Daję 6,5/10 (za ten sezon) i 8,5/10 za całość #kurasmovie

