„Rycerz siedmiu (a może dziewięciu) królestw” (HBO) – dla tych, co nie chcieli ulegać hype’owi cały sezon już jest do obejrzenia. Zazdroszczę wam, bo będziecie mogli zakosztować niesamowitej potrawy.
Jak opisać ten mini serial (tylko 6 odcinków w pierwszym sezonie)? Wariacja na temat. Mając bardzo dobrą podbudowę lore postanowiono wziąć epizodzik (a dokładnie małe opowiadanko) i zrobić z tego coś, czego byśmy nie wybaczyli w ramach „GoT” – pokazać środkowy palec hardkorowym fanom pod kątem powagi, okrasić jazzową muzyką, wręcz obrazoburczo kpić sobie z legacy w postaci motywu muzycznego a na końcu wsadzić palec w oko demiurgowi (czyli Martinowi) w postaci tekstu o konieczności kończenia tego, co się rozpoczęło
Przy okazji, kompletnie bez napinki zbudować niesamowitą w swojej prostocie (poglądów i czynów), prawą, poczciwą, naiwną i głupią (ale tak pięknie) postać rycerza, który zostaje wrzucony w rozgrywki rodów, wielką politykę i cynizm szlachty znudzonej wszystkim i wszystkimi.
I widzimy jak bardzo potrzebowaliśmy takiej postaci jak ser Duncan. Jak bardzo rezonuje z nami, z naszymi współczesnymi problemami. Jak bardzo czasami chcemy „rzucić to wszystko i wyjechać w Bieszczady”, nie musieć, być sobą i mieć w pompie cały świat jeśli nie rozumie najprostszych zasad jak honor, prawda i uczciwość.
Przepiękna opowieść o czasach do których tęsknimy.
Daję 10/10 #kurasmovie

