„Predator: Pogromca zabójców” (Disney) – nie miałem żadnych oczekiwań a dostałem genialną produkcję, która kreatywmie pogłębia i rozwija uniwersum Predatora.
MAJSTERSZTYK!
Ta produkcja jest tym, czym dla MCU był „Spider-Man: Into the Spider-Verse” – świeża wizją, otwarciem na estetykę animacji i pokazaniem, że cała franczyza nadal ma „to coś”.
Oj, panowie Dan Trachtenberg i Josh Wassung ze studia „Third Floor” znają się na swojej robocie.
Wybór nowego medium (animacja) pozwolił twórcom zaszaleć. I bardzo dobrze bo saga z Drapieżcą czekała na taki kreatywny odpał.
Ba, chyba wtedy (nomem omen) ten setting pokazune pazurki – kiedy bierze się za scenariuszowy anturaż i autorsko bawi się z wątkami.
Dlatego nadal tak bardzo cenię „Predators” (ten z Adrienem Brody), „The Predator” (tego od Shane’a Blacka) czy „Prey” – bo twórcy tych produkcji próbowali pokazać coś nowego, rozbudować świat a ni etylko eksploatować do bólu zgrane wątki (seria „Obcy vs Predator”).
A więc co mamy w „Killer of Killers”?
Trzy historie (moja ulubiona to ta z feudakną Japonią), splecione ze sobą aby razem wybrzmieć w finale. Wspaniali bohaterowie wrzucemi w wir opowieści ciągnącej się przez kilkaset lat po różnych planetach.
W tym filmie jest wszystko – przemyślany scenariusz, emocje, wspaniałe światy i wiarygodni bohaterowie.
Polecam!
Daję 9/10 #kurasmovie

