„Królestwo Planety Małp” – jestem wielkim fanem tego reboota bo uwielbami ciekawe postapo.
Pierwsza część („Rise of the Planet of the Apes”) z 2011 z Jamesem Franco była bardzo fajną odmianą i widać było, że jest pomysł nie tyle na jedną część, ale całe uniwersum.
Scena z Cezarem, który po raz pierwszy wypowiada słowo w języku ludzkim to jedna z najlepszych w kinie SF.
I to chyba też pierwszy film, który wiemy jak się skończy (globalną pandemią i śmiercią 90% ludzkości) ale jakoś bardziej współczujemy naszym genetycznym krewnym (DNA szympansów i ludzi są zgodne w 98,5 %).
„Dawn of the Planet of the Apes” – to bardzo sprawne postapo pełną gębą pokazujące konflikt społeczności ludzkich z rosnącymi w siłę (i inteligencję) zmutowanymi małpami. Fajna rola Garrego Oldmana.
„War For The Planet of The Apes” – to już faktycznie wojna na całego z Woodym Harrelsonem jako wojskowym złolem.
A teraz „Kingdom of the Planet of the Apes” które pokazuje świat, który w zasadzie zapomniał o ludziach. Akcja toczy się między dwoma plemionami małp.
Co mnie uderzyło? Po godzinie zacząłem zwracać uwagę na CGI – mimika, animacja i całość świata jest tak perfekcyjnie wykreowana, że zapominamy, że oglądamy na ekranie cyfrowe wytwory ludzkiej wyobraźni.
Świat jest wspaniale przedstawiony, dziki ale jednocześnie oddany z powrotem naturze. To człowiek jest ponownie agresorem i elementem, który zniszczy równowagę.
Bardzo fajna rola Freya Allan – kruchej i skazanej pierwotnie na przegraną przedstawicielce garstki ludzi.
Apes together strong!
Czekam na kolejne części.
Daję 8/10 #kurasmovie

