„Johnny” (Netflix) – broniłem się przed tym filmem, uciekałem, nie chciałem oglądać („film o księdzu celebrycie błeee”). W końcu wygospodarowałem wczoraj wieczór i odpaliłem.
Broniłem się przed pułapką sterowania moimi uczuciami przez większość filmu – wszystko puściło mi kiedy w jednej z ostatnich scen widać, że Patryk istnieje.
Wtedy puściły moje tamy emocji. Film wjechał we mnie z opóźnieniem. Na pełnej.
Napisać, że Ogrodnik dobrze gra księdza Kaczkowskiego to nic nie napisać. Nie wiem ile dziesiątek godzin materiałów i rozmów Dawid obejrzał, ale jest to niesamowite – tworzy troszkę może przerysowaną postać, ale bardzo, bardzo realistyczną.
Ok – to nie kino wybitne, ale na pewno w zalewie tandety warto pochylić się nad tym obrazem (szczególnie, że jest to debiut).
Zalety: sprawny scenariusz, świetny montaż i udany dobór muzyki (szczególnie piosenki Dawida Podsiadło).
Wady: modny ostatnio rodzaj narracji (głos z offu), zbyt dużą ilością podobnych scen z promieniami słońca, dosłowność (narrator opisuje coś, po czym scenę później to się wydarza), lekko teledyskowa maniera. Czasami można powiedzieć, że to jest hagiografia a nie biopic.
Bardzo podobała mi się pokazanie relacji ojca (Witold Dębicki – jak ja lubię tego gościa) z synem. Scena kiedy w korku spowodwanym wypadkiem Kaczkowski idzie pomagać a wcześniej prosi ojca żeby przestał zamartwiać się za niego (bo to nie jest jego wina) – rozwaliła mnie. Dawno nie widziałem w polskim filmie takiej łatwości pokazania skomplikowanej relacji.
Ksiądz Jan mawiał „zamiast ciągle na coś czekać, zacznij żyć, właśnie dziś. Jest o wiele później, niż ci się wydaje” – jak każdy tego typu cytat raz brzmi jak napis na płatkach śniadaniowych a w niektórych wypadkach jak porażająca prawda życiowa.
Ja przychylam się do tej drugiej opcji.
Daję 9/10 #kurasmovie

