„Jedna bitwa po drugiej” – z luźnej interpretacji Pynchona (Tenczona!) przez Andersona wyszedł film, który na pewno wchodzi do głowy, zostaje, jest mocny (Sean Penn musi dostać wiele nagród za swoją rolę), ale nie wiem czy jest arycdziełem.
Na pewno za to dla mnie to jest najlepszy punkowy film jaki wyszedł spod ręki 55 latka
A może to jest próba uniwersalnej opowieść o Ameryce (rodem z klipu „This is America” Childish Gambino), stopklatka z obecnej sytuacji społecznej i politycznej w USA czy raczej próba pokazania relacji w rodzinie – niech każdy sobie bierze co chce i tworzy własny obraz.
Kto jest śmieszniejszy – lewicujący wanna-be rewolucjoniści czy konserwatywne faszystowskie świry zakładające „Klub Gwiazdkowych Awanturników”? Takich zderzeń jest cała masa.
Jako fan „Magnolii” nie zawiodłem się – dostałem chorą jazdę, szaleństwo i emocje. Scena pościgu (praca kamery) sprawiły jakbym oglądał „Duel” Spielberga sprzed 50 lat.
Wspaniały „zdziadziały” DiCaprio, wspaniały Del Toro zjawiskowa Teyana Taylor oraz niesamowita córka Perfidii czyli Chase Infiniti.
W niektórych scenach to był już czysty Tarantino (chociaż nie wiem czy to dobrze czy źle).
Szkoda, że nie umieszczono jobsowskiego „here’s to the crazy ones. The misfits. The rebels. The troublemakers.” Ten film to pochwała szaleństwa i brak dostosowania.
PS „The revolution won’t be televised” brzmi dziś obecnie jeszcze prawdziwiej (zamiast telewizji wstaw social media).
!VIVA LA REVOLUCION!
Daję 10/10 #kurasmovie

