„Andor” (Disneyplus) to jest godny następnca „Rouge One” ale przede wszystkim najmniej SW’owa produkcja ever. W zasadzie można by ją wrzucić do dowolnego settingu. Czy to problem? Wręcz przeciwnie!
Jest bohater z przeszłością, jest wciągająca intryga, są wyraziste postacie drugoplanowe, atmosfera i co najważniejsze: wizja jak ma wyglądać ta produkcja.
Obejrzałem tydzień temu „Hana Solo”. W kinie mnie wynudził. Jako kolejny film z uniwersum SW w ofercie streamingowej był... całkiem niezły. Jeszcze lepszy gdyby od samego początku to był serial. Czemu?
Bo całe SW od lat traciło swój blask. Kolejne produkcje były bardzo słabe i wręcz śmieszne – te wszystkie proby żerowania na vintage, emocjach związanych z „New Hope” sprzed 45 lat (!) pokazywały, że posiadaczom praw majątkowych do serii chodzi tylko o bilety i merch.
Ta CGI’owa Leia, ten staruteńki Luke, wygrzebany i pogrzebany Han Solo wchodzili na scenę tylko po to żeby Disney mógł zarobić na miłości fanów do „prawdziwej” trylogii. Waliło naftaliną z ekranu.
A nowych pomysłów nie było na to żeby zachęcić kolejne pokolenia do oglądania przygód w galaktyce far, far away. Marvel wziął szturmm i pożarł umysły młodzieży. SW nie umiało tego zrobić – mieczami świetlnymi i X-wingami pasjonują się 30-40 latkowie...
Kiedy nastał czas seriali i streamingu okazało się, że można wziąć pojedynczą postać (Boba Fet albo po prostu Mandalorian) i wokół niego stworzyć zupełnie nową opowieść używając innych środków, ale posługujać się tym samym sztafażem.
Streaming potrzebuje contentu oraz nowych twórców. Pozwolono więc eksperymentować i przepalać budżety na produkcje. I dlatego mamy „Andora” oglądamy teraz a nie 10 lat temu.
„Andor” jest inny. To w zasadzie nolanowski „Batman” w zalewie superbohaterskich filmideł. Dajcie mu szansę. Te trzy, pierwsze odcinki trzeba potraktować jako wstęp do czegoś innego niż wziuuum, bang, bum, które znacie z klasycznych „gwiezdnych wojen”.
Daję 8/10 za te trzy odcinki i wiem, że dalej będzie tylko lepiej. #kurasmovie

