„Sinners” – czyli jak połączyć amerykańskie Południe, wampiry, blues i Ku Klux Klan. W sumie da się – tylko wyjdzie z tego miejscami film muzyczny niż horror.
I wiecie co? Będzie fajny!
Niektóre sceny to postmodernistyczny karnawał – żywcem wzięty z szalonej wyobraźni Baza Luhrmanna (autrentycznie miałem flashbacki z „Moulin Rouge”).
A gdzie Ryan Coogler tam i Michael B. Jordan (i to w podwójnej roli niczym Hardy w „Legendzie”), który gra bliźniaków powracających w rodzinne strony po latach tułaczki po świecie, wojnie w Europie i mafijnych ustawkach w Chicago.
Panowie zamierzają otworzyć tancbudę i jak w każdej dobrej opowieści przed wyruszeniem muszą zebrać drużynę...
Sam film? Ciekawy i dziwny – pierwszy akt mega rozciągnięty (ta, część publiki, która przyszła na „wampiry” do kina zaczynała się wiercić w fotelach czy aby na pewno nie pomyliła seansu) i oszukujący widza – zamiast ponurej rzeźni z elementami nadprzyrodzonymi mamy klasyczną opowieść o rasistowskim południu i problemach czarnoskórej społeczności skupiona wokół małej mieściny Clarksdale / Mississippi w 1932 roku (z silnym piętnem praw Jima Crow).
No, ale potem robi się mega ciekawie i warto dać szansę reżyserowi i aktorom. Czy widzowie wybaczą złamanie umowy i zmianę konwencji?
Chyba tak, bo to jest dość naturalne i wręcz logiczne. Ba, patrząc z perspektywy po seansie dochodzę do wniosku, że należy podziwiać wybór reżysera, który pozwolił na budowanie postaci przez tak długi część filmu (co w dzisiejszych czasach jest rzadko spotykane jak na pełen metraż).
Jak każdy dobry SF czy horror film powinien pod gatunkowym płaszczykiem przemycać jakieś aktualne tezy albo obserwacje – i tak też dzieje sie w przypadku „Grzeszników” gdzie reżyser konfrontuje Czarnych z białymi osadnikami, Irlandczyków wygnanych przez głód za ocean z ludnościa rdzenną.
Jesteśmy inni, ale mamy dużo wspólnego i łączą nas muzyka i tęsknota za straconą ojczyzną i ziemią. I ten element spotęgowany przez rytmicznego bluesa jest głównym wątkiem filmu.
Do tego silne emocje, autentyczność, niesamowitość – do tego zapach potu, pulsująca energia i seks.
Jak wspomniałem ten film to po trosze film muzyczny (nie mylić z musicalem), ale szczerze to była świetna decyzja żeby muzyka była jednym z bohaterów. Bo ona jest katalizatorem wszystkich wydarzeń w tym filmie.
W roli śpiewającego syna pastora wystąpił Miles Caton’s (co za głos!!), a swoje dołożył Ludwig Göransson (zrobił m.in: dla Nolana muzykę do „Teneta” no i „Oppenheimera”) który dostarczył niesamowitą ścieżkę dźwiękową (a jak ktoś już może się zorientował uwielbiam filmowe soundtracki). No i pod koniec pojawia sie sam Buddy Guy (nie znałem, musiałem wyguglowawć kto zacz).
Jeśli zatem podobał wam się „Bracie, gdzie jesteś?” i „Od zmierzchu do świtu” to dajcie szansę „Grzesznikom”.
A potem zapodajcie sobie na uszy OST z filmu.
PS Zostańcie w kinie po napisach – jest ważna scena.
Daję 8/10 #kurasmovie

