„Zero Day” (Netflix) – ciężko się ogląda serial (nawet mini) „wiszący” na jednym aktorze, który ciągnie całość. To znaczy można, ale widz jest wymęczony i chce jak najszybciej skończyć seans.
Nie będę się znęcał nad kwestiami „jak bardzo ten film jest oparty o wiedzę i stan faktyczny” bo nie jestem ekspertem (ale widziałem, że Konrad wziął go już delikatnie na laczki
Szkoda, bo w zasadzie ten robi się ciekawy, kiedy właśnie zignorujemy przyczyny a skupimy się na efektach (powołanie komisji, która może zrobić wszystko – nawet tortutować).
I szkoda, że twórcy nie poszli w tę stronę bo cały „tech” anturaż jest źle przedstawiony, jest raczej męczącym tłem i spowalnia akcję.
Tak, Robert De Niro jest bardzo dobrym aktorem. Nie, Robert De Niro nie spowodował, że inne osoby w tym serialu grają na podobnym do jego poziomie.
Da się obejrzeć, jednak 6 odcinków jest na siłę a ostatni boleśnie pokazuje, że twórcom jednak zabrakło pomysłu z kogo zrobić tego „bad guy” żeby wszyscy byli zaskoczeni.
No i ten nieznośny optymizm jakoś nie pasuje, kiedy akurat świat nam urządza inny gospodarz w Białym Domu.
Daję 4,5/10 #kurasmovie

