„Biedne istoty” – w skrócie: wizje z galaktyki Jean’a-Pierre’a Jeuneta + Wes Anderson (no może nawet wczesny Luc Besson) plus duuużo seksu. I wspaniała Emma Stone. I niesamowity Mark Ruffalo. I cudowny Willem Dafoe. I unoszący się nad tym wszystkim arthouse’owy klimacik filmu, który dziwnym trafem trafił do powszechnej dystrybucji.
Jestem fanem dziwactw i świeżych pomysłów więc z potworną rozkoszą obejrzałem „Lobstera” i „Zabicie świętego Jelenia” ale ominąłem „Faworytę” (jako zbyt normalny obraz jak na twórczość Lanthimosa).
Więc „Biedne istoty” miałem na swojej liście „do zobaczenia” bo po recenzjach i trailerze wiedziałem, że wracamy do „tej” dziwnej krainy z której Lanthimos bierze swoje pomysły.
Mamy zatem szalonego naukowca (którego ucharakteryzowany na twór Frankensteina Dafoe), który powołuje do życia kobietę a potem...potem mamy traktat filozoficzny, moralitet, dyskusję o roli kobiety (i to nie tylko w wiktoriańskiej Anglii) w społeczeństwie, seksualności (i tutaj pewnie część publiki będzie krzyczała, że to film pornograficzny, uprzedmiatawiający kobiety – nie słuchajcie ich, pomylili filmy).
O grze aktorskiej już napisałem. Dodam jeszcze: wspaniałe pomysły na lokacje, naprawdę niesamowite stroje oraz klimat wiktoriańskiej Anglii (a potem Europy). Całość palce lizać!
W skrócie – mam dziwny gust, lubię dziwne filmy więc nie mógłbym „Biednymi..” nie zachwycić się.
Więcej Lanthimosa, mniej Marvela to kino (i popkultura) odżyje.
Daję 9/10 #kurasmovie

