„Marvels” – nie planowałem obejrzenia w kinie (bo nie chcę ze swojej kieszeni fundować dalej słabych pomysłów i jeszcze gorszego wykonania) ale młodszej córce się nie odmawia.
„Marvels” to w dużym skrócie kino na poziomie „Mecenas Hulk” – kto lubił ten poziom humoru, bawił się fajnie na takim poziomie skomplikowania fabuły to witamy. Widzów i fanów, którzy oczekują intrygi i emocji rodem z „Endgame” żegnamy.
Film oczywiście obrywa w komentarzach za to, że Brie Larson śmie po raz kolejny zagrać Kapitan Marel – superbohaterkę, która ma wywalone na poziom samczej adrenaliny i incelskiego bólu tyłka.
To nie jest zły film, tylko moim zdaniem nie trafiający w oczekiwania widzów – być może fajniej by było zrobić z niego serialu i wrzucić na Disney+? Tak, brakuje w obsadzie osób znanych z kilku innych filmów z serii. Nie, Nick Fury sam niczego nie uniesie (vide porażka „ Tajnej inwazji”).
Scenariusz jest tak „skomplikowany”, że ośmiolatka przewidziała jego rozwinięcie zajadając popcorn. Ja zresztą też, ale na chwilę się zdrzemnąłem.
PS Marvel został już parę razy złapany za rękę jak oszczędzał na CGI a potem doginał karki pracownikom i kazał im siedzieć miesiąca i likwidować błędy. W „Marvels” też miałem kilka razy wrażenie, że „coś nie gra” Opisuje to szeroko Variety:
https://variety.com/.../marvel-jonathan-majors-problem.../
Daję 4/10 #kurasmovie

