„Landman” – jeśli ktoś raz dał się uwieść urokowi narracji Taylora Sheridana ten przepadł z kretesem i będzie bindżował wszystkie produkcje, których jest autorem. Amen.
No dobra – a tak na poważnie to odpadłem na trzecim sezonie „Yellowstone”, zachwycałem się „Special Ops: Lioness”, ale pokochałem to co robi ten kowboj za „Sicario”, „Hell or High Water” „Wind River”.
„Landman” to opowieść o Tommy Norrisie (Billy Bob Thorton), który w imieniu miliardera kupuje i zarządza ziemią w której jest ropa. Zderzenie brutalności branży z jeszcze większą brutalnością natury, gangów, przepisów prawnych, ale ponad wszystko: swojej rodziny, która przysparza mu masę problemów (jeśli pomyślałeś teraz „hmm to trochę jak w Yellowstone” to masz rację).
Sheridan kocha Amerykę (a szczególnie rodzimy Teksas) – te stepy, naturę, dzikość i zderzenie z „kowbojskim mentalem” który każe gryźć każdą piędź ziemi żeby powalczyć i stać się mężczyzną (tak, ten serial jest mocno oparty na „prawicowych wartościach”).
Do tego stopnia, że człowiek nie wie nawet kiedy zaczyna kibicować „ludziom dobrej pracy” którzy pracują w branży wydobywania ropy i niszczą świat (zresztą Sheridan nie ucieka od tego problemu, wręcz robi z niego atut i macha przed twarzą widza).
I to jest magia Taylora Sheridana (generalnie polecam jego biografię – mega ciekawe zwroty w życiu zaliczył: do aktorstwa przez pisanie scenariuszy do reżyserowania) – guilty pleasure na pełnej i nawet nie wstydzisz się, że oglądasz odległego klona „Dynastii”.
Daję 6,5/10 #kurasmovie

